Europa nie powinna tworzyć własnego sojuszu militarnego. Bliższa współpraca wojskowa krajów Unii Europejskiej jest konieczna, ale kluczową kwestią dla przyszłości bezpieczeństwa Europy jest unormowanie relacji między NATO i UE.
Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Przypuszczam, że każdy Europejczyk (choć może nie każda Europejka) w dzieciństwie emocjonował się przygodami Atosa, Portosa, Aramisa i d’Artagnana. Dewizę dzielnych muszkieterów króla Ludwika XIII zaadaptowała do własnych potrzeb Unia Europejska, wpisując do traktatu lizbońskiego zasadę solidarności obowiązującą wszystkich członków UE. O ile jednak ta reguła świetnie się sprawdza w przypadku rolnictwa czy polityki spójności, o tyle w kwestii bezpieczeństwa jest właściwie pusta. Czas, by to zmienić. Oczywiście nie znaczy to, że Unia w zakresie obronności ma się stać europejskim NATO. Jest wiele problemów, których Pakt Północnoatlantycki nie jest w stanie rozwiązać, a z którymi świetnie poradziłaby sobie Unia. Z pożytkiem dla bezpieczeństwa własnego, a także dla bezpieczeństwa całego globu. Bliższa współpraca państw UE w tej dziedzinie nie oznacza od razu tworzenia nowego sojuszu militarnego.
Humanitarni pigmeje
„Przez lata europejscy przywódcy dowiedli, że Europa to gospodarczy gigant i militarny pigmej” – stwierdził w 2002 r. lord George Robertson, były sekretarz generalny NATO. W tamtym roku Stany Zjednoczone – przygotowując się do wojny z terroryzmem – zdecydowały się zwiększyć swoje wydatki na armię o 48 mld dol., natomiast państwa UE (łącznie z krajami, które dołączyły do Unii po 2004 r.) podniosły je zaledwie o 7 mld dol. Już wtedy dysproporcje w nakładach na wojsko między starym a nowym światem rzucały się w oczy. USA w 2002 r. przeznaczyły na armię 425 mld dol., podczas gdy Europa Zachodnia i Środkowa – 312 mld dol.
Ciekawe, jakich słów lord Robertson użyłby do skomentowania kolejnych zestawień wydatków obronnych USA i Europy. W 2010 r. Waszyngton na wojsko przeznaczył 698 mld dol., podczas gdy suma wydatków wszystkich państw UE zamknęła się w kwocie 316 mld dol. Oznacza to, że w ciągu ośmiu lat Stany Zjednoczone zwiększyły sumy przeznaczane na armię o ponad połowę, podczas gdy w Europie wzrost przypominał bardziej indeksację wydatków o poziom inflacji niż realne podnoszenie nakładów na obronność.
Udowodnienie, że Unia ciągle pozostaje „militarnym pigmejem” – zwłaszcza gdy zestawia się ją z USA – nie jest zadaniem szczególnie trudnym. Ale pytanie brzmi: czy Europa powinna mieć samodzielną zdolność do działania wojskowego, czy też uzależnić się od NATO? Odpowiada na nie traktat lizboński. Zapisano w nim, że Unia powinna być gotowa do prowadzenia działań wojskowych na niewielką skalę – zgodnie z definicją tzw. misji petersberskich. Ta nazwa wzięła się od miejscowości Petersberg koło Bonn, gdzie w 1992 r. określono sytuacje, w których wspólnota europejska będzie się angażować militarnie. Ich katalog rozszerzono poprzez stworzenie traktatu lizbońskiego i obecnie obejmuje on zadania humanitarne (w tym ratownicze), misje pokojowe oraz misje zarządzania sytuacjami kryzysowymi. Taki zakres obowiązków pozwala UE zaangażować się np. w rozwiązywanie sytuacji zapalnych w Afryce. Pod warunkiem oczywiście, że będą to misje pokojowe, do których potrzebne są niewielkie jednostki. Takie zresztą Unia ma, od 2004 r. działają bowiem grupy bojowe UE – liczące kilkuset żołnierzy oddziały, które są gotowe do działań w ciągu 15 dni od decyzji o ich rozpoczęciu. W skład grupy wchodzą żołnierze z pełniących dyżur państw, a rotacja grup następuje co pół roku.